Start Kronika Cichy obserwator. Wigilia w Kanie

Polub nas na Facebooku

Cichy obserwator. Wigilia w Kanie Drukuj Email
Kronika

Dzień 17 grudnia Roku Pańskiego 2010. Wieczór. Na dworze ziąb. Biały puch zalegający na chodnikach nieśmiało odbija światła przydrożnych latarni. Mroźny wiatr, chociaż lekki, wbija w moją twarz ostre igły. Wciskam ręce głębiej w kieszenie grubego płaszcza. Zimno.

Po lewej stronie mijam stojący dumnie budynek kościoła. Poznaję to miejsce. Jestem przy Placu Piastowskim. Już niedaleko do domu. Nagle coś w górze przyciąga mój wzrok. To z okien salki Duszpasterstwa Akademickiego „Kana” wypływa na ulice przyjemny, ciepły blask. Nie ma zasłon ani żaluzji, więc mogę dostrzec stojące nieruchomo sylwetki kilkudziesięciu osób. Nie umiem się powstrzymać i na moment staję, nasłuchując. Tylko zza oddalonych przecznic płynął dźwięki jadących aut. Tuż obok mija mnie jakaś młoda dziewczyna, która w pośpiechu przechodzi przez ulicę i znika za drzwiami Domu Katechetycznego. Nawet nie zauważyła mojej osoby. Jak spokojnie.

 

 

Nagle, z salki dochodzi do mnie jakiś przytłumiony męski głos. Nikt inny się nie odzywa. Wszyscy w ciszy słuchają tego, co mówi. To musi być coś ważnego. Zatem i ja wytężam słuch.

„(...)Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie.”

Teraz rozumiem. To nowy proboszcz tutejszej parafii, ks. Roman Kneblewski czyta Ewangelię o narodzeniu Jezusa. Czyżby nasze duszpasterstwo miało dzisiejszego wieczoru Wigilię? Sylwetki w oknach zaczęły się poruszać. Widzę je w parach, zazwyczaj z podanymi sobie dłońmi. Nie muszę ich rozumieć, wiem doskonale, że składają sobie życzenia. Bożego błogosławieństwa, pokoju i radości serca, radosnych Świąt, szczęśliwego Nowego Roku... Zastanawiam się, czego ja bym im życzył. Długo trwa ta ceremonia. Ile czasu już tak stoję? Ach! Jeszcze jedna dziewczyna śpiesznie mnie mija i podchodzi do wejścia Domu Katechetycznego. Niestety jest zamknięte. Musiała nadusić jakiś przycisk, bo zaraz odezwał się przeciągły sygnał dzwonka. Po kilku sekundach znika za drzwiami. Jeszcze jedna spóźnialska; nikt jednak nie będzie jej tego wypominał. Ważne, że przyszła, że chce być z nimi... Podobnie jak ten barczysty młodzieniec, który przybył kilka minut po niej.

 

 

Część osób już zasiadło przy stole. Gdzieniegdzie jeszcze stoją rozrzucone po salce grupki rozmawiających. Ale już niewiele, coraz mniej. Teraz czas na ucztę. Co chwilę ktoś wnosi talerze pełne wigilijnych potraw. Delikatnie masuję dłonią mój brzuch. Zaburczało. I zimno coraz bardziej dokucza. Czas się ruszyć. Powoli odchodzę swoją drogą. Z podkurczonym karkiem i wzrokiem wpatrzonym w ziemię, wracam do domu...

Invisible Man      

 
Reklama
 

Losowe zdjęcie

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 5 gości